|
Polinezja Francuska ma tyle twarzy, ile wysp rozrzuconych na błękitnym Oceanie Spokojnym. Kojarzy się z rajskimi plażami, barwnymi kwiatami, pięknymi kobietami i naszyjnikami z czarnych pereł. Jest to jedno z najlepszych miejsc na świecie do nurkowania i żeglarstwa. Można tu spędzić w spokoju romantyczne wakacje we dwoje lub wybrać się w wymarzoną podróż poślubną. Jedno jest pewne – nasz pobyt na wyspach Polinezji na pewno pozostanie niezapomniany!
Na turystów wybierających się na słynne Tahiti czy Bora-Bora czekają wykwintna gastronomia, będąca wspaniałą mieszanką francusko-polinezyjską, luksusowe bungalowy na palach, piękne muszle, laguny pełne egzotycznych ryb... Warto tu przyjechać szczególnie w lipcu na Festiwal „Heiva i Tahiti”, który jest dla Polinezyjczyków tym, czym dla Brazylijczyków karnawał w Rio de Janeiro. Podróżowanie pomiędzy poszczególnymi wyspami Polinezji odbywa się drogą powietrzną lub morską. Największe lokalne linie lotnicze to Air Tahiti. Wszystkie grupy wysp połączone są również regularną komunikacją promową. Między Tahiti a Mooreą pływają duże, nowoczesne katamarany. Można też wykupić rejs jednym z luksusowych statków wycieczkowych. Miłośnicy żeglarstwa z pewnością skuszą się na wynajem komfortowego jachtu lub katamaranu. Pływanie po bajkowych wodach Polinezji to marzenie wielu z nich...
Kwiatowe powitanie
Po 33-godzinnej podróży z Europy, zataczając się ze zmęczenia i z szumami w uszach, wychodzę z pokładu samolotu na lotnisko na Tahiti. Polinezyjczycy witają nas, grając wesoło na gitarze, a młode dziewczęta wręczają przybyszom pachnące kwiaty. Stojący w poczekalni śniadzi mieszkańcy wyspy wypatrują wśród tłumu białych turystów swoich bliskich. Kiedy już ich znajdą, podbiegają do nich i wieszają im wieniec kwiatowy na szyi. Od radosnej muzyki, wspaniałego zapachu kwiatów i widoku uśmiechniętych ludzi ubranych w jaskrawe, kolorowe stroje od razu przechodzi mi senność. Znalazłam się chyba w raju!
Na ścianie poczekalni wisi ogromna mapa ukazująca pięć archipelagów Polinezji Francuskiej, które rozrzucone są na Oceanie Spokojnym na obszarze niemal tak dużym jak Europa. Białe kropki na niebieskim tle przedstawiają 118 wysp. Większość z nich jest pochodzenia wulkanicznego, dużą część stanowią także atole koralowe. Nad powstałymi 2–3 mln lat temu młodszymi wyspami, jak np. Tahiti czy Moorea, wciąż górują wulkany, na szczęście już wygasłe. Dzisiaj są to góry porośnięte trawą, wokół których rozciąga się biały pierścień rafy koralowej. Wulkany położone na starszych wyspach, których początki sięgają 10–40 mln lat wstecz, zatonęły, jakby nigdy nie istniały. W ten sposób powstały obecne atole koralowe, jak np. Bora-Bora czy archipelag Tuamotu.
Tahiti – zgiełk i idylla
Z lotniska jedziemy do stolicy Polinezji Francuskiej – Papeete. Zamieszkuje ją ponad 25 tys. osób. Jest to drugie co do wielkości miasto Polinezji, zaraz po 30-tysięcznym Faaa, które leży zresztą koło Papeete. Na pozostałych wyspach znajdziemy jedynie małe miejscowości maksymalnie z kilkoma tysiącami ludności. Ponad 80 proc. z wszystkich 260 tys. mieszkańców tego terytorium zamorskiego Francji żyje na Wyspach Towarzystwa, a 60 proc. z nich osiedliło się właśnie w aglomeracji miejskiej Papetee (Arue, Faaa, Mahina, Paea, Pirae, Punaauia). Znajdziemy tu zgiełk, hałas, ruchliwy port handlowy, liczne sklepy, fast foody i hipermarkety. Odbiega to znacznie od idyllicznego krajobrazu reszty wyspy i nieszczególnie służy za ozdobę Tahiti.
Potrzebujemy pół godziny, żeby przebić się samochodem terenowym na drugi koniec miasta. Potem wszystko uspokaja się... Droga prowadzi wzdłuż północnego wybrzeża wyspy. Plaże pokryte są wszędzie czarnym, wulkanicznym piaskiem. Nadaje to krajobrazowi Tahiti niezwykłego kolorytu. Przy Zatoce Matawai znajdujemy cypel, słynny Punkt Wenus, gdzie w dniu 3 czerwca 1769 r. kapitan James Cook prowadził obserwację przejścia Wenus na tle tarczy Słońca (tranzyt Wenus). Dzięki temu zjawisku astronomicznemu można było spróbować wyliczyć odległość między Słońcem a Ziemią. Punkt Wenus jest dzisiaj popularną, zacienioną plażą z czarnym piaskiem, nad którą dominuje zabytkowa latarnia morska.
Wkrótce droga oddala się od wybrzeża i zaczyna prowadzić do wnętrza Tahiti, gdzie nagle znajdujemy się wśród potężnych, zielonych gór. Ich szczyty nikną w chmurach, jakby ukrywały siedziby bogów. Po malowniczych górskich zboczach spływają wodospady. Z jednej ściany skalnej spada nawet do 20–30 strumieni, tworzą one potem rwącą rzekę pędzącą po dnie krętej doliny. Dookoła panuje niezmierna cisza, słychać tylko plusk wody... Nad całą okolicą dominuje szczyt Mont Orohena (2241 m n.p.m.). Jest to najwyższa góra na wyspie i na terytorium Polinezji Francuskiej.
Moorea – raj w kraterze
Z Tahiti przepływamy statkiem na sąsiednią Mooreę. Nad zieloną wyspą wznoszą się dostojne góry, które otoczone są turkusowymi lagunami i białymi plażami. Ruszamy quadem na podbój stromych dróg. We wnętrzu Moorei kryje się krater wygasłego wulkanu, który dzięki żyznej glebie stanowi prawdziwą spiżarnię. Gdzie tylko spojrzeć, wszędzie widać rosnące warzywa i owoce: papaje, mango, noni, guawy, guanabany, marakuje, drzewa chlebowe, awokado, grejpfruty, banany czy ananasy. Ich różnorodność jest imponująca. Na wyspach Polinezji można podziwiać m.in. 4 gatunki ananasów, 30 odmian bananów oraz 7 rodzajów kokosów. Niezliczone palmy kokosowe nadają niezwykłego kolorytu tutejszemu wybrzeżu. Na piaszczystych plażach niemal wszędzie leżą ich owoce. Mogą one ważyć do 2,5 kg. Aż trudno sobie wyobrazić, co można zrobić z tak olbrzymią liczbą owoców palmy kokosowej... Polinezyjczycy są jednak bardzo pomysłowi! Z liści kokosowca budują dachy, z jego włókna tkają torby i kapelusze, ze skorupy orzecha tworzą biustonosze dla tancerek. Mleko kokosowe spożywają jako napój albo służy im ono do gotowania, a z twardego miąższu owocu (kopry) tłoczą olej, nazywany „najzdrowszym na Ziemi”.
Monoi – sławny na całym świecie olejek
Jednym z najbardziej znanych i cenionych lokalnych kosmetyków jest monoi. Przygotowuje się go z rafinowanego oleju kokosowego z dodatkiem wyciągu z egzotycznych kwiatów tiare, czyli gardenii tahitańskiej (Gardenia taitensis). Mieszkanki Polinezji od wieków używały monoi, żeby zapewnić swojej skórze młodość, miękkość i blask.
Biały kwiat tiare o słodkawym zapachu jest symbolem Tahiti. Można go zobaczyć niemal we wszystkich folderach turystycznych, na etykietach produktów lokalnych, a nawet na samolotach, gdyż znajduje się w logo miejscowych linii lotniczych Air Tahiti Nui. Tiare odgrywa także ważną rolę w życiu codziennym. Robi się z niego ozdoby, powitalne girlandy, herbatę, konfiturę i lody. Kwiat gardenii tahitańskiej przypina się również do włosów. Noszą go tutaj wszyscy: uczennice, kelnerzy, przewodnicy, ekspedienci, a nawet robotnicy drogowi. Kwiat tiare wetknięty we włosy służy nie tylko za ozdobę, lecz jest także swoistym narzędziem komunikacji. Jeśli noszony jest za lewym uchem, to otrzymujemy od danej osoby wiadomość – „jestem w związku”, a jeżeli za prawym – „jestem wolny/wolna”. Jest też jeszcze trzeci komunikat... Spotkamy się z nim wtedy, kiedy zobaczymy odwrócony kwiat za lewym uchem. Co to oznacza? Otóż wówczas dana osoba chce pokazać, że ma kogoś, ale nie stroni od nowych znajomości.
Tahaa – waniliowa wyspa
Na Raiateę lecimy małym samolotem, który jest najdogodniejszym środkiem komunikacji między wyspami. Na przystani czeka na nas prywatny statek. Dowiadujemy się, że płyniemy na motu. Zastanawiam się, co to takiego? Okazuje się, iż jest to prywatna wysepka, maleńki, bezludny skrawek lądu. Na „naszym” motu nie ma nic oprócz hotelu, którego bungalowy usytuowane są na plaży na palach wbitych w wodę. Przy jednym końcu łóżka odkrywam długie, wbudowane w podłogę szklane pudło z otwieraną klapą. Powoli uświadamiam sobie, do czego ono służy... Podczas kolacji chowam kawałek chleba, żeby móc pokarmić przed snem kolorowe ryby pływające pod moim bungalowem.
Z motu przepływamy łódką na Tahaa, bliźniaczą wyspę Raiatei, nazywaną „Waniliową Wyspą”. Właśnie stąd pochodzi aż 80 proc. wanilii, z której słynie Polinezja Francuska. Z uwagi na to, iż nie jest ona rośliną autochtoniczną (dotarła na te ziemie w XIX w. z Filipin), nie ma tu owadów, które zapylają jej kwiaty. Wanilia to orchidea pnąca, potrzebuje więc do rozwoju sztucznej lub naturalnej podpórki. Jej kwiat rozkwita tylko raz i jedynie na kilka godzin. W tym czasie w miejscowych plantacjach zapyla się go ręcznie za pomocą pipety. Dlatego też wanilia należy do najbardziej kosztownych przypraw (droższy jest jedynie szafran, produkowany ze słupków krokusa). Jej owoce, przypominające zieloną fasolkę, pojawiają się po 9 miesiącach. Po zbiorach suszą się na słońcu od 4 do 5 miesięcy, w tym czasie nabierają brązowego koloru, następnie transportuje się słynną wanilię z Polinezji Francuskiej, posiadającą cenny i znany aromat, do wszystkich zakątków świata. Raiatea – święte i świeckie
Raiatea jest kolebką starożytnej cywilizacji polinezyjskiej. Na tej wyspie osiedliła się po raz pierwszy ludność Maohi – przodkowie dzisiejszych Polinezyjczyków. Tutaj właśnie zbudowali oni swój największy kompleks świątynny – Marae de Taputapuatea. Pośród zieleni tropikalnego gaju czernieją tajemnicze gmachy wzniesione ze skały wulkanicznej. Wyłożoną kamieniami prostokątną polanę otacza ogrodzenie do wysokości kolan. Obchodzono tu obrządki religijne i większe uroczystości, modlono się, składano ofiary, jedzono i tańczono. Na wyspach Polinezji znajdziemy wiele mniejszych marae, które pełniły funkcję sakralno-ceremonialną. Jednak zdecydowanie najważniejszą z nich jest ta z Taputapuatei. Jeśli ktoś chciał wznieść nowe marae (świątynie), to musiał wziąć kamień węgielny właśnie stąd. Kres starożytnej kulturze polinezyjskiej położyło pojawienie się gorliwych misjonarzy chrześcijańskich w XVIII i XIX w. Walczyli oni z tym wszystkim, co od wielu pokoleń było niezmiernie ważne w życiu codziennym tubylców, co stanowiło ich tradycje. Wprowadzili więc zakaz wiary w nadprzyrodzoną siłę mana (manaizm), tańców uważanych za niemoralne, tatuaży, którymi dawni Polinezyjczycy wyrażali swój status społeczny oraz przynależność do danego plemienia. Zaczęło też obowiązywać noszenie ubrania zakrywającego ciało. Misjonarzom nie udało się jednak wytępić do końca tradycji. W latach 80. XX w. starożytna kultura zaczęła się odradzać. Polinezyjczycy powrócili do dawnej muzyki, tradycyjnych tańców, rozpowszechniły się także znowu tatuaże. Niestety, większość grup tanecznych występuje już tylko dla turystów. W czasie pokazów okazuje się, że rytmiczny dźwięk bębnów, erotyczne kołysanie biodrami i wir barwnych strojów rzeczywiście działają niczym narkotyk na przybyszów z daleka... Na Raiatei znajduje się jedyna żeglowna rzeka Polinezji Francuskiej – Faaroa. W innych miejscach świata nie zdobyłaby takiej sławy, ale tu wzbudza wielki i zasłużony podziw. Wsiadamy do maleńkiej łódeczki (canoe). Nasz przewodnik rytmicznie wiosłuje, czółno bezszelestnie przesuwa się po rzece. W jednym z zakoli na powierzchni wody kołyszą się żółte kielichy pięknych kwiatów. Spadły one z dzikiego hibiskusa rosnącego nad brzegiem. Jego kwiaty trzy razy dziennie zmieniają swoją barwę. O świcie są białe, w dzień żółte, a pod wieczór stają się bordowe...
Bora-Bora – raj turysty
Po kolejnym przelocie lądujemy na Bora-Bora. Wyspa wzbudza zachwyt już z pokładu samolotu. Dawny wulkan zapadł się tutaj i widać jedynie jego stożek, który otoczony jest rafą koralową i malutkimi wysepkami. Wszędzie dookoła można podziwiać niezmiernie turkusową wodę. Od razu po wylądowaniu na Bora-Bora wyruszamy w rejs. W jego programie znajduje się karmienie rekinów i głaskanie płaszczek. Na samym początku żadna z tych atrakcji nie napawa nas zbytnim optymizmem... Tymczasem nasz przewodnik z ogromnymi tatuażami na udach spokojnie stoi przy sterze w samej przepasce i mówi bez przerwy, opowiada z radością kawały. Od czasu do czasu jego spięte włosy rozwiewa morska bryza. My siedzimy skuleni na ławach, trzymając kurczowo w dłoniach maski i fajki do nurkowania, w przeciwieństwie do niego nie jest nam bynajmniej do śmiechu. Rekiny i płaszczki nie słyną przecież z łagodnych obyczajów…
Nasz przewodnik zatrzymuje w końcu statek na płyciźnie. Nakazuje nam wejść spokojnie do wody, do której za moment sam wskakuje, trzymając w rękach kawałki mięsa i drobne ryby. Za chwilę zaczynają płynąć w naszym kierunku ogromne, bure placki. Rzucam okiem na drabinkę... Przez moją głowę przebiega myśl, że taka płaszczka zabiła kilka lat temu legendarnego australijskiego łowcę krokodyli, Steve’a Irwina, godząc go swoim ogonem prosto w serce. Na szczęście szybko się okazuje, że te ryby są bardzo spokojnymi zwierzętami. Ogona uzbrojonego w ostre, jadowite kolce używają tylko wtedy, gdy czują się zagrożone. Z czasem nabieramy więc otuchy i zaczynamy coraz śmielej oferować posiłek w postaci drobnych ryb naszym nowym przyjaciołom... Choć pyszczki płaszczek znajdują się na „brzuchu”, to wchłaniają one pokarm również przez otwory znajdujące się obok ich oczu, tam właśnie wrzucamy im smakołyki. Na karmienie rekinów przepływamy w inne miejsce, gdzie woda jest znacznie głębsza. Po włożeniu masek i fajek ostrożnie wychodzimy ze statku. Unosimy się na wodzie, pod nami przepływają wielkie ławice tych groźnie wyglądających ryb... Surowe, nadpsute mięso szybko wyczuwają żarłacze czarnopłetwe. Żywią się one małymi rybami i wcale nie gustują w ludziach.
Zmęczeni ekscytującym dniem na morzu po powrocie statkiem na ląd rozkładamy się wygodnie na krzesłach restauracji. Jako przystawkę zamawiamy tutejszy specjał poisson cru, czyli sałatkę z surowych ryb. Przynosi ją nam młoda osoba z włosami spiętymi w kok, ubrana jest w białą bluzkę i minispódniczkę, stopy ma obute w sandałki, a na rękach brzęczą bransoletki. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że mamy do czynienia z mężczyzną przebranym za kobietę... Zdradzają go od razu szeroka klatka piersiowa, gładko ogolone i umięśnione łydki oraz mocne kości policzkowe. Miejscowi nazywają tych transseksualnych mężczyzn Mahu, osobami o podwójnej duszy i obdarzają ich wielkim szacunkiem, ponieważ posiadają cechy charakterystyczne dla obu płci. Już w kulturze staropolinezyjskiej panował zwyczaj wychowywania pierworodnych synów na dziewczynki. W wielu rodzinach dzieje się tak do dziś. Mahu ma za zadanie pomagać matce w gotowaniu, sprzątaniu i wychowywaniu młodszego rodzeństwa.
Poisson cru, czyli maczane w mleczku kokosowym surowe kawałki ryb wymieszane z warzywami, zaskakuje mnie na samym początku, ale szybko oswajam się z nową potrawą i muszę przyznać, że jest bardzo smaczna i orzeźwiająca. Kelner(ka) podaje mi następnie danie główne – wielką porcję mahi-mahi (koryfeny, złotej makreli). Mięso tej ryby jest delikatne i białe, smakuje wręcz bosko. Na deser wybieram crème brûlée (z francuskiego przypalony krem), pyszny krem waniliowy pokryty warstwą karmelowej polewy, który wieńczy wykwintną kolację na Bora-Bora.
Rangiroa – perła Oceanu Spokojnego
Ostatnim celem naszej podróży po Polinezji Francuskiej jest płaska wyspa koralowa leżąca w archipelagu Tuamotu – Rangiroa. Próżno szukać na niej śladów po dawnym wulkanie. Tworzy ją biały pierścień koralowy z dwoma miastami i ponad 3 tys. mieszkańców. Archipelag Tuamotu i pobliskie Wyspy Gambiera słyną z największych na świecie hodowli czarnych pereł. Stanowią one jeden z najważniejszych źródeł dochodów Polinezji Francuskiej.
Zwiedzamy małą fermę, gdzie od kilkudziesięciu lat hoduje się perły. Wąska kładka prowadzi nas do skromnego budynku zbudowanego nad wodą, w którym krzątą się wiele osób. Perły są wytworem małży – perłopławów. Te pochodzące z Polinezji Francuskiej rodzą się tylko w jednym gatunku ostryg, Pinctada Margaritifera. Jest on bardziej znany jako „matka pereł”. Pod ciało ostrygi Pinctada Margaritifera wkłada się malutką kulkę z muszli i barwnik, potem przyczepia się do niej długą linę i wpuszcza ją z powrotem do oceanu. W ciągu roku ostryga pokrywa kulę warstwą perłową o grubości od 1 do 3 mm. Jej kolor zależy od barwnika – może być np. biała, różowa, zielona, czarna itd. Po upływie 18 miesięcy wyjmuje się perły z muszli i sortuje je według jakości, zwracając uwagę na perfekcyjność kształtu i czystość powierzchni.
Po południu przypływa po nas na Rangiroę motorówka. Kapitan wiezie nas na piknik przygotowany na pobliskim motu, czyli prywatnej wysepce. Na tym skrawku lądu nie ma ani jednej chatki, jest tylko bujna, dzika roślinność oraz bajkowa, biała plaża ocieniona palmami. Podczas gdy my nurkujemy w krystalicznie czystej, turkusowej wodzie, zbieramy muszle, nasi gospodarze biorą się do przygotowania obiadu. Miąższ orzecha kokosowego mieszają z mąką i mleczkiem kokosowym, formując babeczki. Potem rozpalają ognisko na plaży. Następnie świeżo złowione ryby i stworzone przed chwilą kokosowe babeczki owijają w liście bananowca i wrzucają na żar. Gdy potrawa się piecze, w cieniu plotą dla nas talerze z liści palmowych. Niebawem dostajemy też coś do picia – pyszny sok z przedziurawionego kokosa.
Po obiedzie rozkładamy się na delikatnym, bielutkim piasku. Kapitan też kładzie się w cieniu palm. – To jest prawdziwy raj – mówi do nas, przeciągając się przy tym błogo. – Ten lśniąco biały piasek, to lazurowe morze, woda dająca nam ryby, palmy dostarczające nam chleb i mleko... Nie musimy się bać drapieżników, jadowitych pająków czy krokodyli. Najgorszą rzeczą, jaka może się zdarzyć, jest to, że kokos spadnie nam na głowę. Mam nadzieję, że nasz mały raj takim pozostanie i nikt nie wpuści tu węża... – tłumaczy nam tajemnice magii Polinezji Francuskiej. Słuchając go, planujemy już naszą kolejną wyprawę do tego raju na Oceanie Spokojnym...
WIOLETTA KRAWIEC
Tekst pochodzi z magazynu: All Inclusive |